Oblicza kobiecości

Oblicza kobiecości #17 – Joanna Saniewska

Cykl “oblicza kobiecości” to inspirujące wywiady z kobietami, które znalazły odwagę, by pójść za swoimi marzeniami i zrealizować swoje plany zawodowe. W dzisiejszej odsłonie gościmy Joannę Saniewską – właścicielkę marki Jo. S – Her Majesty Independency. 

 

Skąd pomysł na założenie własnej marki? Jaka historia się za tym kryje? 

Powinno się zaczynać od siedmiu gór i siedmiu mórz,  a tak naprawdę zaczęło się od pełnej nazwy marki „Her Majesty Independency”. Jest ponoć za długa, więc zostało Jo.S, chociaż „Her Majesty Independency” nadal się przewija i na pewno jest częścią marki, choć nie tak widoczną.

W tym haśle, które zostało solidnym fundamentem, kryje się cała historia walki o niezależność: w pracy, w pasjach, w życiu codziennym, w stylu. To takie słowo klucz – banalne, ale nadal silne i potrzebne. Ta marka to mój własny prezent dla siebie samej na 40 urodziny, poklepanie się po plecach i uwierzenie, że sama też dam sobie radę, po mojemu, pod prąd. 

 

2. Dlaczego właśnie kimona?

Tu znowu niezależność, widziana szerzej, jako umiejętność pójścia pod prąd. Zaczęło się 10 lat temu, gdy występując publicznie i prowadząc duże warsztaty, nigdy nie wiedziałam, jak się ubrać. Nie lubię marynarek – krępują moją dość ekspresyjną naturę. Koszul nie lubię prasować. W t-shircie trochę nie wypada, a trochę ukradł mi to Steve Jobs. 

Kiedyś przyjaciółka pożyczyła mi Haori, które przywiozła z Japonii i przepadłam. Rękawy sode (japoński krój rękawów z rozcięciem, stały element moich kimon) mnie w sobie rozkochały. Są nonszalanckie, eleganckie i świetnie „zarządzają uwagą” tłumu. 

Tak się zaczęło moje poszukiwanie kimon. A teraz do tego dopisać trzeba, że podobnie jak Japończycy, w swej naturze jestem potwornie wymagająca co do tego czym się otaczam. Poszukuję kontrolowanego perfekcjonizmu. Po moich odwiedzinach w Japonii okazało się, że kultura porządku i równowagi jest mi bliska do tego stopnia, że chcę wiedzieć i doświadczać więcej. Będąc w Kioto wyprosiłam rodzinę, żeby pozwolili mi jeden dzień spędzić w szwalni i zobaczyć proces tworzenia haori. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że sama będę chciała zaczerpnąć z tego nurtu i stworzyć bardziej nowoczesne oblicze kimona oswajając je na Polskim rynku. Po prostu byłam ciekawa. Ta ciekawość też ma swoje wyjaśnienie: moja mama była całe życie krawcową z własnym, małym zakładem krawieckim w moim pokoju. Naprawdę wyrosłam wśród nitek i wykrojów. Dało mi to dużo wiedzy na temat szwów, nici, tkanin i wykrojów, chociaż szycia nie nauczyło w ogóle. 

 

3. Jak wyglądał proces zakładania własnej marki? Czy miałaś wcześniej styczność z krawiectwem?

 

Jak wspomniałam, mam krawiectwo we krwi: moja mama, przed nią jej mama, moja babcia. Chyba pierwiastek kreatywności przeskoczył także na mnie. Pamiętam, jak mama szyła suknie dla paryskiej projektantki, w czasach kiedy tkanin nie było, a z zagranicą prowadzić interesów nie można było. Jeździłyśmy do jednego z warszawskich hoteli, zostawiać modele i odbierać nowe tkaniny. Potem te suknie były częścią pokazów mody. Mama jest dla mnie wyrocznią i najważniejszą osobą w zakresie krawiectwa. To z nią wybierałam szwalnie i oglądałam ich pracę. Nie było łatwo znaleźć taką, która przeszłaby nasze sito, ale się udało. Pracuję z cudowną, małą i rodzinną szwalnią – tu lokalnie, w Warszawie. Oni przeżywają sukces marki tak samo jak ja i jestem im za to zaangażowanie absolutnie wdzięczna. 

A zakładanie marki? No cóż… od 20 lat zajmuję się marketingiem, tworzeniem procesów i obsługą klienta w dużych korporacjach. Plan na siebie, kim marka ma być był prosty: MUSI BYĆ SZCZERZE I PRAWDZIWIE. Więc odrzuciłam strategie, które sama tyle lat doradzałam, odłożyłam na półkę „dos and don’ts” i pozwoliłam sobie i marce powstawać samoistnie w oparciu o perfekcjonizm i szczerość.

 

 

4. Kim jest „agent tkanin”? Jak wygląda współpraca z takimi osobami?

A to trochę sprzedawanie mojego „know how”, ale dla Was zrobię wyjątek. Już jako dziecko dowiedziałam się od mamy, że poza sklepami i hurtowniami tkanin są producenci oraz agenci tkanin. 

Moja marka ma wpisane w DNA takie moje małe „zero waste” – tworzę wyłącznie z tkanin już dostępnych od ręki i nie tworzę dodatkowych materiałów. Na świecie jest masa dóbr – nie ma potrzeby tworzyć kolejnych. Skoro więc tworzę ubrania, niech one powstają z tkanin, które już są na rynku. A jest ich cała masa! Czasem mi smutno, gdy jako konsument patrząc po polskich markach, często widzę te same materiały, tylko w różnych formach. Dlatego szukam dalej, poza Polską. I tu docieramy do agentów tkanin. To tacy brokerzy, trochę jak agenci nieruchomości: musisz wiedzieć, który agent ma najlepsze oferty z interesujących cię fabryk i od producentów. 

Postawiłam sobie za cel korzystać głównie z tkanin dużych domów mody: było Chanel, Balmain, Missonni, Cavalli, często jest Stella McCartney; oraz głównie z tkanin z naturalnym lub sztucznym (nie mylić z syntetycznym) składem (jedwab, wiskoza, cupro). Także moi agenci działają wokoło producentów fabryk dla tych firm. 

Jak to wygląda w praktyce? To trochę jak licytacja, trochę jak „kto pierwszy, ten lepszy”, a trochę to gra w zaufanie, bo często kupuję tkaninę w oparciu o zdjęcia lub filmy i rozmowę z agentką, która mówi: bierz, jest świetne! Oczywiście agent musi wiedzieć, co szyjesz i czego szukasz. Mamie dziękuję za talent do tkanin: rozumienie faktur i składów.  

 I tak, jestem okropnie małym graczem dla takich agentów, ale mam szczęście do zjednywania sobie ludzi 😊

 

5. Jakie emocje towarzyszą otwieraniu przesyłek z tkaninami, które wcześniej widziałaś tylko online?

 

Pamiętasz jak 24 grudnia siedziałaś jako dziecko czekając na pierwszą gwiazdkę? Tak samo ja czekam na kuriera z tkaninami. Na początku zamawiałam co miesiąc, bo po prostu nie miałam jak finansować większych zakupów. Teraz robię to rzadziej. Jak przyjechała pierwsza paleta tkanin to się za głowę złapałam: gdzie ja to wcisnę? (firmę prowadzę w mieszkaniu). Radocha jest ogromna, ale też wielki stres: czy kliknie, czy złapię tkaninę i będę wiedziała co to będzie? Jak kupuję tkaniny często nie wiem co finalnie z nich będzie, pozwalam sobie na te decyzje dopiero, jak poczuję fakturę materiału. 

 

6. Skąd czerpiesz inspiracje projektując kimona i tworząc własną markę?

Banalnie: z życia. Jak wspominałam, ta marka nie ma strategii (może dlatego, że nie powstała ona z potrzeby biznesowej, a potrzeby serca i nie wymagam od niej osiągnięć biznesowych, a jedynie możliwości kreatywnego spełnienia się), ona żyje, tak samo wzory i inspiracje są z życia. Wełniane kimono z kapturem było odpowiedzią na moją miłość do chodzenia jesienią w bluzach, a chciałam w kimonach. To proszę: kimono miękkie jak bluza i z kapturem. Ten model wróci na pewno. Zmiany w wiązaniach, długościach, łączeniach tkanin: to wszystko jest trochę ukłonem do tradycji japońskiej, a trochę odpowiedzią na moje potrzeby i wyobrażenie o nowoczesnej, miejskiej modzie. 

 

7. Co myślisz o polskiej branży modowej? Jakie masz zdanie o sieciówkach? Jesteś osobą, która w tym kontekście jest zaangażowana i wyraża swoje zdanie?

Zauważyłam ciekawą rzecz: od kiedy zajęłam się swoimi kimonami zdecydowanie mniej wydaję na zakupy, a był moment, kiedy śmiało nazwałabym się zakupoholikiem. Nauka kultury japońskiej nauczyła mnie też większego szacunku dla przestrzeni, więc kupuję mniej. Za to w większości są to polskie marki. Tak naprawdę 95% zakupów to właśnie rodzime brandy i nawet w sesjach bardzo często wykorzystuję swoje prywatne rzeczy i z przyjemnością oznaczam te marki, bo uważam, że powinniśmy się wspierać. 

Natomiast zdaję sobie sprawę, że mój gust i styl jest daleki od tego, co w polsce przyjmuje się aktualnie za modne, więc wiele z tego co teraz jest oferowane nie trafia do mnie, jako konsumenta. Zresztą widać to na moich sesjach: nie robię ustępstw i pozostaje wierna swojemu trochę nonszalanckiemu, miejskiemu, dość mocnemu stylowi. Szpilki zawsze ustąpią miejsca trampkom i martensom. Zawsze. 

8. Co sądzi o stylu z polskich ulic? Czy Polki mają dobry styl?

Moje zdanie chyba nie ma znaczenia, nie jestem znawcą. Chodzę po tych ulicach na równych prawach z innymi Polkami, ale skoro pytasz… Polki chcą mieć dobry styl i lubią być modne. Częściej pójdziemy za trendem niż pozostaniemy wierne klasyce. Czasem myślę, że za szybko konsumujemy trendy, nie zdążymy się nimi nacieszyć. Mam dużo szczęścia, bo moje klientki wierzą w ponadczasowość formy. W końcu kimono przetrwało ponad 600 lat w prawie niezmienionej formie, więc pewnie jeszcze trochę się na fali utrzyma.

Tu ciekawa dygresja: zobacz, jak zmieniła się moda (stroje oficjalne) w Europie, a jak zmieniło się kimono (uznawane za główny strój oficjalny) od 600 lat. W Europie ubranie ma komplementować i podkreślać walory osoby która je nosi, a w Japonii ubranie nie podkreśla walorów – ubranie jest formą sztuki. Dlatego u nas krój się non stop zmienia, a w japońskiej kulturze kimon zmieniają się tkaniny i nadruki, forma pozostaje, jako idealny nośnik dla sztuki. 

 

9. Skąd pomysł na dodawanie żurawi do przesyłek?

„I will write peace on your wings and you will fly all over the world” – to słowa Sadako Sasaki, która stała się symbolem nadziei dla większości Japończyków.

W Hiroszimie, zaraz przy miejscu, gdzie uderzyła bomba zrobiono plac i postawiono pomnik pewnej dziewczynce. Gdy przyjechaliśmy do miasta, akurat na placu stało kilka klas szkół średnich i śpiewali jednym głosem, wszyscy z ogromnym zaangażowaniem piosenkę pełną nadziei i siły. Kompletnie nie rozumiałam, co się dzieje, ale zaczarował mnie ten widok. Po krótkiej rozmowie z jednym z nauczycieli dowiedziałam się o historii Sadako Sasaki, która w wyniku choroby popromiennej, jako nastolatka trafiła do szpitala z nowotworem kości. Była lekkoatletką i bardzo liczyła na starty w olimpiadach, ale w szpitalu nie pozostawili jej nadziei szacując, że pożyje kilka miesięcy. Jedna z pielęgniarek opowiedziała Sadako legendę o żurawiach z papieru, której punktem zwrotnym jest złożenie 1000 i możliwość spełnienia za to jednego życzenia. Życzeniem Sadako był pokój na ziemi, żeby już nikt (ona również) nie cierpieli przez zbrodnie wojenne. Sadako zaczęła składać żurawie ze wszystkiego, nawet z etykiet. Niestety, nie dożyła złożenia 700 żurawia. Za to jej klasa i przyjaciele postanowili kontynuować i zbudować jej pomnik. Teraz, na Placu Pokoju, stoi pomnik dziewczynki z wyciągniętymi rękoma, na których stoi papierowy żuraw, a dookoła rozmieszczone są dziesiątki szklanych gablot, każda z milionami żurawi. Kilka z tych zrobionych przez Sadako zostało rozesłanych po świecie, np. na miejsce tragedii World Trade Centre w NY. 

Historię poznałam siedząc pod pomnikiem i patrząc na zniszczony wybuchem bomby budynek i przejęła mnie, nawet nie tyle swoim smutkiem, co pełnym nadziei i determinacji spojrzeniem w przyszłość. Nadzieja poparta determinacją to działanie i świadomość, że zmiana jest w naszym zasięgu. 

Tym są żurawie i tym jest zawieszka do moich kimon: lustrem tej nadziei i determinacji. 

 

Dodam też, że jest też okrutnie ciężką pracą mojego męża, który nad jednym żurawiem spędza 7 minut a robi ich miesięcznie kilka setek.

 

10. Czy w swoich modowych wyborach jesteś minimalistką? Jak wygląda Twoja szafa?

W wieku 40 lat zaczęłam być spójna i przestałam próbować udowadniać sobie, że mogę być kobieca i zwiewna, i że strój wykreuje mnie na kogoś, kim nie jestem. Moja szafa jest w końcu moja, a nie marek modowych i trendów. Jest tam w miarę spójna tonacja i ciuchy, w których chodzę, a jak kupuję coś nowego to dwie rzeczy muszą znaleźć nowy dom. Myślę, że w końcu mam szafę, w której czuję się w domu, jeśli wiesz o co chodzi. Jest tam dużo kimon, nie tylko moich, dużo bluz i zwykłych koszulek. A reszta to zabawa dodatkami.

 

11. Twój sposób na złapanie oddechu po długim dniu?

A są inne dni, niż długie? Poza kimonami wykonuję pracę zawodową, jako szef marketingu w dużej firmie, a ponad to jestem pochłonięta przez wspinanie, które jest właśnie tym, co „wietrzy mi głowę”. To ciężka praca, bo około 10h treningów tygodniowo plus wyjazdy w skały w prawie każdy weekend i dłuższe wypady na wspinanie w świat. 

Mam świetny dom: męża i 15 latkę, którzy są idealnym towarzystwem do wszelkich głupot, mam motocykl, na którym uwielbiam jeździć i mam swoje książki, setki książek no i 2 psy. Także zdecydowanie mam co robić, a oddech łapię jak śpię.

12. Kosmetyczna porada, której udzieliłabyś samej sobie sprzed 10 lat?

Nie kupuj tych strasznie drogich kosmetyków pielęgnacyjnych (nie wymienię marki). Teraz jak znam się na składach, to śmieję się z własnej naiwności. Tej porady teraz udzielam mojej córce. Tak naprawdę to porada: CZYTAJ. Czytaj skład, nie opis. Ucz się o tym, co nakładasz na twarz, na ciało. Nie wierz w marketing.

 

13. Kosmetyczny must have lub ostatnie odkrycie?

Must have: hydrolat i kremy z filtrem. Mimo ciemnej karnacji źle reaguję na słońce. 

Hydrolat zawsze mam w kosmetyczce. Akurat jeśli chodzi o kosmetyki, nie idę za trendami. Jestem wierna temu, w co wierzę, że działa i daje temu czas, żeby działało. Nie testuję nowości. Mam skórę mieszaną i jestem po 40. Czas na testowanie minął. Teraz podtrzymuję to, co wypracowałam 10 lat temu. Chociaż dałam się Wam namówić na nowość w moim zestawie kosmetyków i to zostanie: masło oczyszczające. Już za skład dostało solidne 5, chociaż ja się boję tłustych konsystencji, ale tu była miła niespodsprawdzonymzianka – moja cera bardzo polubiła to wrażenie miękkiej skóry po użyciu. 

 

14. Skąd czerpiesz wiedzę o pielęgnacji? Jesteś wierna sprawdzonym kosmetykom? 

Co do wierności to już mówiłam: jestem z tych totalnie wiernych, bo wierzę, że potrzeba czasu i wiem, że to co wypracowałam te 10 lat temu daje efekty teraz, więc nie mogę zarzucić tej pracy. A wiedza? Czytam, głównie etykiety. Czytam składy i staram się zrozumieć, który składnik mi służy, a od czego powinnam się trzymać z dala.

15. Twoje największe marzenie?

Nie stracić tego, co mam.

 

fot. Michał Orliński